Menu
menu

Uroki

Najpierw zmarła matka. Ale jeszcze przez jakiś czas przychodziła do córeczki, gdy ta budziła się z płaczem. Domownicy mówili, że słyszeli po nocach kroki i miarowe skrzypienie kołyski. Wtedy płacz ustawał. Jednak domownicy chcieli, żeby matka przestała przychodzić. Dlatego, za radą sąsiadki, rozsypali groch w pokoju. Pomogło.

Potem po ojca przyszli Sowieci i go zabrali. Szukali też jego małej córki, ale im skłamał, że umarła na gruźlicę. Tak naprawdę, dobrzy ludzie ukryli ją w zbożu. Siedziała tam parę dni, jeszcze długo po odejściu NKWD. Już wtedy sąsiedzi gadali, że z tą rodziną może jest coś nie tak, że pewnie ktoś rzucił na nią zły urok. Ojciec nigdy nie wrócił z zesłania. Zostało po nim tylko kilka zdjęć. Córka wierzyła, że on wciąż żyje. Pewnego dnia po wielu latach poszukiwań otrzymała akt zgonu z gruźlicą płuc podaną jako przyczyna śmierci. Chciała odnaleźć jego grób, ale podróże po Związku Sowieckim były utrudnione. Nie doczekała lepszych czasów. Zmarła młodo po długiej chorobie. Tak jak jej matka.

Przekazywanie międzypokoleniowej traumy miało duży wpływ na moje życie. Nieskonfrontowany żal oddziaływał na kolejne pokolenia naszej rodziny. Z czasem ten żal rozmywał się aż w końcu przybrał formę nieokreślonej pustki, która towarzyszyła mi odkąd pamiętam. Myślę, że był to rodzaj nieświadomej solidarności z osobą, która pierwotnie doświadczyła strasznych rzeczy. Moja mama otrzymała ten „dar” od swojej mamy, a potem przekazała go mnie.

A może tej traumy tak naprawdę nie ma? Może ją sobie wymyśliłem, wyobraziłem. Może potrzebowałem jej, by wytłumaczyć jakoś swoje życie. Wszystko to, co w nim niekompletne, nieprzystające do mojej wizji.

A może ja właśnie taki jestem. Naznaczony traumą której nie ma. A która tłumaczyłaby wszystko to, co daje obraz przyszłości. Będąc zakorzenionym w przeszłości.